Andrzej Szostek specjalnie dla iwiesz24
Jakub Balicki: Jakie znaczenie ma dzisiaj etyka i czy przeciętny Kowalski przywiązuje do niej wagę?
Andrzej Szostek: Dokładniej mówiąc, jakie znaczenie ma moralność. Moralność to dziedzina etyki, etyka jest teorią moralności, taka teoria na ogół mniej obchodzi przeciętnego Kowalskiego, niż moralność, zresztą słusznie. Czyli ważne jest dla niego poznanie tego, co jest dobre a co złe i zgodnie z tym poznaniem postępowanie. I ma ono takie samo znaczenie dzisiaj, jak zawsze. Są jednak momenty w życiu człowieka jak i całej społeczności kiedy pewne zasady są szczególnie trudne do zachowania, czasem wręcz wymagają heroizmu. To swoisty dyskomfort dla człowieka, gdy może być tylko albo bohaterem, albo łajdakiem, trzeciej możliwości nie ma. Tak było np. w czasie II wojny światowej, kiedy prosta przyzwoitość wymagała niekiedy heroicznej odwagi i prawości. Bogu dzięki, nie jesteśmy w stanie wojny, cieszymy się wolnością – i to długo. Nie wiem, ile moglibyśmy wskazać w ponad tysiącletnich dziejach Polski tak długich okresów bez działań wojennych. Ja wiem, że okres do roku 1989 traktowany jest jako stan niewoli, są ku temu podstawy. Nie mówię jednak o stanie niewoli, bo takich okresów w naszej historii było więcej, ale mówię o działaniach wojennych. Nie żyjemy na szczęście w takich czasach, chociaż mamy tendencję do narzekania. Bądźmy ostrożni z formułowaniem zbyt skrajnych, pesymistycznych opinii, które odbierają nam radość życia, a także skłaniają nas do zapominania o poczuciu wdzięczności Bogu i ludziom, którym zawdzięczamy życie, pokój i wolność. Na co dzień, na szczęście, bywa raczej tak, że można okazać się człowiekiem przyzwoitym i heroicznej ceny za to nie płacić. Ale i w tak zwanym przeciętnym życiu bywają momenty, kiedy trzeba zmierzyć się z jakimś życiowo ważnym wyzwaniem, a wtedy nasze wybory bywają szczególnie trudne, niekiedy dramatyczne. Tak na ogół przeżywa młody człowiek wybór kierunku studiów, miejsca pracy, decyzję o małżeństwie albo pójściem za powołaniem kapłańskim lub zakonnym. Wtedy zasady moralne, wierność prawdzie i sprawiedliwości, mogą okazać się ważne, a czasem nawet kosztowne. Ważne są one w całym życiu społecznym, bo – choć Bóg chroni nas dziś przed działaniami wojennymi – to przecież łatwy nasz wiek nie jest, wyzwań w nich sporo, także w okresie pokoju kształtuje się w nas prawość albo nieprawość, świętość albo łajdactwo.
M.S.: Czy w zawodach zaufania publicznego etyka rzeczywiście zanika?
Sądzę, że jest właśnie przeciwnie, wzrasta świadomość ważności zasad moralnych. Oczywiście ta świadomość wzrasta często poprzez nadużycia, które prowokują do formułowania norm chroniących dobro. Taka między innymi jest geneza aktów prawnych. Kiedy bowiem się pojawia norma prawna? Wtedy, gdy zbyt wielu ludzi narusza jakieś reguły życia społecznego, które z tego powodu obwarowujemy sankcją prawno-karną. Tak staramy się bronić przed kradzieżą, zapewniać sobie poczucie bezpieczeństwa, chronić swoje dobre imię itp. Poszczególne grupy zawodowe tworzą kodeksy dobrych obyczajów, których celem jest wskazanie istotnych dla tych profesji wartości i ochrona społeczności danego zawodu przed ich naruszaniem. Kodeksów takich, a także stojących na straży dobrych obyczajów komitetów lub rad, jest coraz więcej. Mają je nie tylko lekarze, oficerowie czy nauczyciele, ale także przedsiębiorcy, politycy, a nawet hotelarze i piłkarze. W 2006 r. ukazała się książka „Kodeksy etyczne w Polsce” w której G. Sołtysiak zebrał nie mniej, niż 38 kodeksów etycznych grup zawodowych oraz 46 kodeksów etycznych firm i instytucji – a i ta lista nie obejmuje wszystkich obowiązujących dziś w Polsce tego typu regulacji prawno-obyczajowych.
J.B: Etyka została wprowadzona do szkół jako alternatywa dla religii, czy jest to dobre rozwiązanie?
Może trudno o lepsze, ale to rozwiązanie jest dość kłopotliwe. Rozumiem, że tym, którzy nie chcą uczestniczyć w lekcjach religii trzeba dać jakąś alternatywę, zdaje się, że podobne rozwiązanie przyjęto w innych europejskich krajach. Niefortunność tej formuły polega jednak na tym, że sugeruje młodym umysłom, jakoby musieli wybierać pomiędzy religią a etyką, tak jak gdyby religii obca była etyka, a etyka musiała oznaczać rozbrat z religią. To oczywiście kompletny nonsens, ale dzieciom i młodzieży trzeba tłumaczyć, że to jest inna alternatywa, niż np. wybór pomiędzy szkołą o profilu matematyczno-przyrodzniczym a humanistycznym, sportowym lub muzycznym. Kolejnym problemem jest to, że w Polsce duża część katolickiej młodzieży nie wybiera lekcji etyki. Przekłada się to na etaty szkolne. Pełny etat trudno znaleźć dla nauczyciela lekcji śpiewu czy wychowania fizycznego – cóż powiedzieć o nauczycielu etyki. Stąd lekcje te prowadzić muszą nauczyciele znacznie lepiej przygotowani do prowadzenia innych przedmiotów. Co więcej, religię ma się od pierwszej klasy szkoły podstawowej do matury czyli przez 12 lat. Osobiście byłbym przerażony gdyby etyki uczono w szkole przez 12 lat. Tym bardziej, że nauczanie etyki, nawet w węższym czasowo wymiarze, nie jest łatwe, wymaga sporo wiedzy oraz umiejętności potraktowania lekcji etyki inaczej, niż lekcji historii czy geografii. Opiniowałem niektóre podręczniki etyki dla liceów. Niektóre były naprawdę dobre, ale tak wymagające dla nauczycieli, że osobiście bałbym się je prowadzić, choć etyką zajmuję się od lat. Przecież na lekcjach etyki nie chodzi tylko o przekazanie samej wiedzy (definicji kluczowych pojęć, prezentacji stanowisk etycznych, poznanie dorobku wybitnych etyków itp.), ale o „przełożenie” tych pojęć i stanowisk na problemy moralne, którymi młodzi ludzie żyją lub wkrótce żyć będą. Ważną pomocą w przygotowaniu takich lekcji jest także wielka literatura światowa, którą nauczyciel musi jakoś znać. Ilu mamy w Polsce nauczycieli zdolnych do prowadzenia takich lekcji? Jakie szkoły wyższe i jakie kierunki studiów do tego wystarczająco dobrze przygotowują? Realia są więc takie, że jeśli już w jakiejś szkole są lekcje etyki, to prowadzą je poloniści, historycy, matematycy lub nauczyciele innych przedmiotów. Być może, trzeba myśleć o lekcjach etyki jako zbliżonych do tak zwanych lekcji wychowawczych lub wychowania obywatelskiego, wzbogaconych o odpowiednią wiedzą etyczną (zwłaszcza w starszych klasach), ale silnie odniesionych do tego, czym uczniowie żyją i do czego szkoła ma ich przygotować. Na lekcjach religii przecież także nie poprzestaje się tylko na wiedzy, ale robi się odniesienia do praktyk religijnych, życia sakramentalnego itp. Podobnie mogą i powinny być pomyślane lekcje etyki. A tu nie ma ani nauczycieli, ani programów (te, które opiniowałem, miały charakter pilotażowy i nie słyszałem, by weszły do szkół). Owszem, gdyby etyka okazała się atrakcyjna, to – być może – niektórzy uczniowie wybraliby raczej ją, niż religię, ale niech ta konkurencja, skoro już musi takowa być, skłania nauczycieli do nadania lekcjom zarówno etyki, jak religii, możliwie atrakcyjnego charakteru. I niech w programach obu tych przedmiotów nie zabraknie wzajemnych życzliwych odniesień, które owocować by mogły swoistym szkolnym dialogiem.
M.S.: Który z problemów etycznych jest najważniejszy?
Myślę, że takie abstrakcyjne hierarchizowanie problemów jest ryzykowne. W zależności od wieku, płci, sytuacji w której się znaleźliśmy itp., różne problemy mogą różne miejsce w tym rankingu zajmować. Gdybym jednak miał taką hierarchię budować odnosząc się do polskiego społeczeństwa po roku 1989 (a jest to już okres ponad 20 lat, niemal jedno pokolenie), to wskazałbym na problem wolności (choć wiem, że nie jestem tu oryginalny), zwłaszcza na jej związek z innymi wartościami. Wolność bowiem przeżywamy przede wszystkim jako szansę własnego wyboru innych wartości; takich, w które warto wolność swą inwestować. Owszem, bywają sytuacje, gdy pragniemy nade wszystko zamanifestować swą wolność, zwłaszcza protestując przeciw różnym jej ograniczeniom lub pragnąc okazać swą oryginalność. Ale zasadniczo człowiek pragnie coś ze swą wolnością zrobić, jakąś wartość budować lub umacniać. Chyba warto pomyśleć zwłaszcza o wolności słowa, w obecnej dobie Internetu, w którym łatwo zamieszczać wszystko, co do głowy (nie zawsze mądrej) przyjdzie. Internet jest cudownym osiągnięciem, jednak każde światło ma swój cień. Jednym z cieni tego światła jest to, że ludzie mogą pisać anonimowo na różnych serwisach i portalach przeróżne rzeczy, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności, a pomnażając chaos. Proszę zauważyć, że najłatwiej naruszane przykazanie Dekalogu to przykazanie VIII: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Fałszywe świadectwo to jakiekolwiek nieuzasadnione oskarżenie. Popatrzymy ile tego wokół nas jest. Co gorsza, ludziom nawet do głowy nie przyjdzie, że jest to łamanie przykazania. Za przykazaniami V („Nie zabijaj) i VII („Nie kradnij”) stoi prawo; kto tych przykazań nie przestrzega, musi liczyć się z jakimiś sankcjami. Za przykazaniem VI („Nie cudzołóż”) stoją normy obyczajowe. Teoretycznie także naruszenie VIII przekazania podlega sankcji karnej, ale wiemy, jak to w praktyce słaba ochrona. Nie tak dawno temu KUL gościł redaktora Grzegorza Brauna, który o śp. arcybiskupie Józefie Życińskim mówił, że „podawał się za biskupa” i nazywał go kłamcą oraz łajdakiem. Oto przykład oszczerstwa: jawnego, bezczelnego i bezkarnego. Ileż takich wypowiedzi pada z ust polityków, ile miejsca zajmują takie wypowiedzi w mediach! Czy ich autorom przychodzi do głowy, że to grzech, czasem ciężki? Spowiadamy się z naruszenia innych przykazań, czy równie skrupulatnie spowiadamy się z grzechów obmowy i oszczerstw? Nie zwracamy uwagi na to, jak dalece powszechne naruszanie VIII przykazania niszczy tkankę społeczną, utrudnia lub wręcz uniemożliwia tworzenie więzi społecznych, czyni z ziemi piekło. W społeczeństwie zarażonym plagą oszczerstw, wzajemnych nieuzasadnionych podejrzeń, oskarżeń i epitetów, nie będziemy w stanie zbudować autentycznej solidarności, a los tego ruchu jest tego aż nadto dobitnym i smutnym przykładem (por. choćby ostatnie obchody 30-lecia Sierpnia 1981). Wybuch Solidarności będzie z pewnością zaliczany przez historyków do najpiękniejszych kart naszej historii, obok Konstytucji 3 maja czy Powstania Warszawskiego. Był wielką manifestacją patriotyzmu, ale też – co tu ważniejsze – okazało się, że stać nas na zbudowanie wspólnoty opierającej się na zaufaniu, na chęci współpracy a nie na wzajemnej podejrzliwości i wrogości. Innym problemem, także związanym z wolnością, jest tak zwany praktyczny materializm. To prawda, że wielu ludziom w Polsce żyje się dziś ciężko, to jeden z ciemnych skutków upowszechnienia wolnego rynku i stosowania liberalnych reguł ekonomicznych. Różnica majątkowa pomiędzy bogatymi a biednymi w naszym kraju bardzo się powiększyła; to ważne i trudne zadanie dla polityków. Prawdą jest też, że odejście od chorej tzw. gospodarki socjalistycznej i otwarcie perspektyw na nie znany dotąd dobrobyt, spowodował reakcję zachłyśnięcia się bogactwem materialnym. Polacy łatwo „kupili” mentalność konsumpcjonistyczną, rozpowszechnioną w krajach dobrobytu. Nawet jednak, jeśli nie jest to problem specyficzny tylko dla Polski, to jednak trudno nie dostrzec, że konsumpcjonizm to aktualny problem, którego nie można ignorować, ponieważ mentalność materialistyczna niszczy człowieka i wspólnotę międzyludzką, oddala nas od Boga, zamyka świat naszych perspektyw i wartościowania moralnego w granicach tego świata i dóbr konsumpcyjnych tu osiągalnych (to sedno tzw. sekularyzmu, czyli postawy koncentrującej się na hoc saeculum: na „tym wieku” czyli na świecie doczesnym). Dla chrześcijanina ten świat jest drogą, a nie domem; środkiem, nie celem. Przez bramę śmierci do życia wiecznego nie doprowadzi ani majętność, ani władza, ani popularność. Przejdzie przez tę bramę i żyć będzie ten, kto tu, na ziemi, był ofiarny, uczynny, potrafił myśleć o innych, nie tylko o sobie. Materialny dobrobyt i sukces nie decyduje o wartości człowieczeństwa w człowieku; na to – teoretycznie – zgodzą się także ci, którzy nie odwołują się do chrześcijańskich korzeni. To, co o wartości człowieka jako człowieka stanowi – to właśnie dobro moralne, które odróżnić trzeba od dóbr pozamoralnych, a więc takich, które służą budowaniu człowieczeństwa. Takimi dobrami są zarówno nasze sprawności intelektualne i fizyczne, jak i dobra wokół nas, w tym dobra materialne. To są dobra – ale dobra użyteczne, nie takie, które określamy jako godziwe, warte osiągania dla nich samych. Pewnie spodziewał się Pan, że na pytanie o najważniejsze problemy moralne będę mówił o aborcji, zapłodnieniu in vitro, karze śmierci, pladze alkoholizmu itp. To ważne problemy i nie chcę ich znaczenia pomniejszać, ale najważniejsze są te, które dotykają samego sposobu naszego myślenia i wartościowania. Dlatego mówiłem o wolności, pamięci o VIII przykazaniu i konsumpcjonizmie. Może warto dodać jeszcze jedno: zdolność przekładania naszej dobrej woli i wrażliwości moralnej na dobrze przemyślaną i skutecznie realizowaną działalność dobroczynną. Mamy w sobie sporo tej wrażliwości, świadczą o tym nasze spontaniczne reakcje na apele społeczne (ofiary przekazywane instytucji Caritas, akcje Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wsparcie powodzianom, a także tym, którzy wymagają kosztownej operacji itp.). Ale z reguły są do działania jednorazowe, doraźne. Liczymy wciąż na aktywność organizacji charytatywnych, trudno nam samym taką działalność podjąć na mniejszym, lokalnym poziomie. Potrzebujemy takich działań w wymiarze parafii, miasta lub gminy, szkoły i zakładów pracy. Tych potrzeb żadne instytucje nie zaspokoją. Ciągle myślimy w kategoriach (chorych) pseudosocjalistycznych z czasów PRL: liczymy na działanie z góry. Tymczasem właśnie na poziomie lokalnym nie tylko możemy zaspokoić potrzeby, których inni zaspokoić nie mogą, ale także uruchomić i niejako utrwalić w sobie wymiar uczestnictwa w życiu i człowieczeństwie innych; rzecz fundamentalnie ważna dla naszego rozwoju moralnego. Ale taka aktywność wymaga umiejętności tworzenia prawa i postawy poszanowania go, tylko wtedy może ona być zorganizowana, trwała i pożyteczna. Pozostał w nas – znów po okresie PRL – lekceważący stosunek do prawa, co bardzo utrudnia organizację życia społecznego. Sporo debat toczy się wciąż wokół tragedii pod Smoleńskiem, ale nie ulega wątpliwości, że naruszone tam zostały przepisy – i że naruszanie ich miało charakter notoryczny, w imię niebezpiecznej zasady „przepisy swoją drogą, a życie swoją”. Rzecz nie w tym, że nie potrafimy być praworządni: kierowcy, którzy w Polsce notorycznie łamią przepisy, za granicą są potulni i posłuszni, bo tam za naruszenie przepisów muszą słono płacić. Ale w Polsce to co innego. Tworzenie nowych praw, często nieprzemyślanych i niekonsekwentnych, umacnia w nas jeszcze to lekceważenie prawa. To naprawdę wymaga uzdrowienia, a także cierpliwości, bowiem postawy zmienić trudno. Ale ten wysiłek jest niezbędny, bez niego trudno zbudować państwo prawa, które opiera się na poczuciu sprawiedliwości i tę sprawiedliwość umacnia.
J.B.: Czy można w jakiś sposób dokonać analizy naszego katolickiego społeczeństwa?
Kiedyś istniał podział na katolików radiomaryjnych i łagiewnickich. Teraz trochę się to zmieniło. Różnice przekonań i dyskusje to rzecz normalna, także w Kościele i w społeczeństwie katolickim. Ale ważne jest, by liczyły się racje, a nie emocje tylko. Przekonanie zasługuje na swoją nazwę wtedy, kiedy stoi zanim jakieś uzasadnienie. Jeśli ja mam jakieś przekonania a ktoś się z nimi nie zgadza, to znaczy że ma on jakieś racje, które go do tego skłaniają. Jeśli zależy mnie, tak jak memu rozmówcy, na jakimś dobru, to ten, kto się ze mną nie zgadza z jakichś ważnych powodów, jest moim sojusznikiem: poszerza mój horyzonty myślenia i wartościowania, tak jak ja staram się poszerzyć jego horyzont. Modelem dobrej dyskusji wspinaczka górska, a nie boks. We wspinaczce ten, kto stoi w innym miejscu, może pomóc mi wejść wyżej, do szczytu, którego ani on, ani ja jeszcze nie osiągnęliśmy. W boksie zaś ważny jest cios, który powali przeciwnika. Niestety, „mentalność bokserska” silnie, choć podskórnie, ugruntowana jest w sporach politycznych. Wynik sporu rozpatruje się w kategoriach wyborczych: polityk nie chce publicznie zgodzić się z argumentami przedstawiciela innej partii, by nie pomniejszyć notowań swego ugrupowania. Ale to jest walka partyjna, a nie debata polityczna. To choroba naszej sfery politycznej, którą tam trzeba leczyć, broń Boże przenosić ją na obszar dialogu w Kościele. Odnoszę niekiedy wrażenie, że nam się nie chce myśleć, że oczekujemy odgórnych opinii i gotowi jesteśmy uczestniczyć w kampanii w słusznej sprawie – a to jest właśnie język walki, a nie dialogu. Oczywiście, w sporach, które mają przekładnię praktyczną na prawo lub obyczajowość, nieuniknioną rzeczą jest to, że będą one bardziej emocjonalne ale emocje nie mogą przesłaniać sfery merytorycznej: wymiaru naszej rozumnej wiary. Niekiedy gorszy nas wielość poglądów, głoszonych przez biskupów. Przechodzimy dziś jednak trudny okres przejścia od okresu powszechnie uznanych autorytetów (druga połowa XX wieku, kiedy najpierw liderem był ks. Prymas Stefan Wyszyński, a potem bł. Jan Paweł II) do okresu, w którym posłuszeństwo Kościołowi wymaga przestrzeni dialogu i uznania uprawnionej różnicy zdań, która nie pomniejsza wzajemnego szacunku i posłuszeństwa wiary. Niech więc nas nie gorszą różnice zdań, nie odsądzajmy od czci i wiary tych, którzy nie podzielają naszych przekonań. Bywają sprawy trudne do rozstrzygnięcia, przykładem jest dyskusja wokół regulacji prawnej zapłodnienia in vitro. Z jednej strony Kościół nie może aprobować tej drogi pomnażania potomstwa, z drugiej jednak brak wszelkiej regulacji prawnej pozwala na bezkarne praktyki, które nawet w bardzo liberalnych krajach są zakazane.
M.S.: Co każdy z nas powinien wiedzieć o eugenice?
Chrześcijańska wizja człowieka to wizja kogoś, kto jest obdarzony godnością, kogo nie można traktować instrumentalnie. Poprzez Wcielenie Syna Bożego człowiek został wyniesiony do wymiarów boskich. Problem in vitro polega na tym, że jeśli są techniczne możliwości, by wybrać potomka, to trudno się obronić przed pokusą wybrania tego, co najlepsze. Tutaj rodzą się zakusy eugeniczne, a więc wartościowanie człowieka – wraz z jego prawem do życia – w kategoriach pożądanych jego jakości. Badania prenatalne, same w sobie cenne i pożądane, często stosowane są po to, by zobaczyć czy poczęte dziecko nie ma jakiś defektów, a gdy je ma, często chce się płód usunąć skoro można mieć inne, zdrowe dziecko. Uzależnia się posiadanie dziecka nie od tego, że już jest i żyje, ale od cech jakie posiada. Dalszym krokiem może być nie dopuszczanie do narodzin osobników bez odpowiedniej inteligencji, koloru oczu, płci itp. Zaczyna się traktować człowieka jak towar, który ma się ochotę nabyć tylko wtedy, gdy jest w naszych oczach dobry. Eugenika idzie tą drogą, a poczęcie in vitro tę perspektywę umacnia, ponieważ technika ta pozwala wybrać osobnika odpowiadającego oczekiwaniom małżonków.
J.B.: Był Ksiądz uczniem Karola Wojtyły, recenzentem jego pism przed beatyfikacją. Chciałbym zapytać czy prawdą jest, że Jan Paweł II czerpał pełnymi garściami z Księdza prac przy tworzeniu encykliki „Veritatis Splendor”, czy uczeń przerósł mistrza?
Na pewno nie przerosłem, plotkę o czerpaniu pełnymi garściami z moich prac przez papieża proszę włożyć między bajki. Wiele osób uczestniczy przy tworzeniu encyklik, rzeczywiście byłem na pewnym etapie włączony do tych prac, ale takich współpracowników w przypadku tej encykliki jak i innych, było wielu. Dodać pragnę inną uwagę: gdy byłem młody i żył kardynał Wojtyła, czytałem jego prace i byłem świadom, że był on mądrzejszy ode mnie. To było wtedy zrozumiałe. Ale jako recenzent czytałem wiele tekstów, także takich, których dotąd nie znałem. I zdałem sobie sprawę, że kard. Wojtyła, gdy pisał te teksty, był młodszy niż ja, gdy te teksty czytałem – a nadal wyraźnie widziałem, jak dalece był ode mnie głębszy, mądrzejszy. Dla mnie to była lekcja pokory, bardzo dla mnie pouczająca.
M.S., J.B.: Mówi się o chęci zagłaskania naszych wyjątkowych rodaków w tym Jana Pawła II przy znikomej wiedzy na temat ich dorobku, czy rzeczywiście?
Teksty bł. Jana Pawła II rzeczywiście warte są studiowania i przemodlenia, pisał on przecież wiele i często nie mieliśmy czasu, by te teksty zgłębiać. Wyniesienie Jana Pawła II na ołtarze jest ważnym znakiem uznania jego świętości i niech nas do tego modlitewnego studium zachęci. Ale uwaga: dobrym uczniem jest nie ten, kto tylko powtarza myśli swego mistrza, ale ten, kto je twórczo rozwija. Moim mistrzem i przyjacielem był nade wszystko śp. ks. prof. Tadeusz Styczeń SDS, umiłowany uczeń kard. Karola Wojtyły. Uważam, że oddam mu najgłębszy hołd, gdy jego dorobek będę usiłował rozwijać, a to oznacza także poddanie życzliwej krytyce niektórych jego tez i argumentów. Tak czynił też ks. Styczeń w odniesieniu do twórczości kard. Wojtyły. Po ukazaniu się „Osoby i czynu” podjął z nim dyskusję na temat tego, czy można wyłączyć moralność ze studium antropologicznego. Efektem ich dyskusji był projekt wspólnej ich pracy o roboczym tytule „Człowiek w polu odpowiedzialności” (kard. Wojtyła swój tekst napisał, ks. Styczeń przed 16 X 1978 nie zdążył). Myślę, że dorobek Jana Pawła II także należy tak traktować. Nie chodzi o to, by tylko zapamiętać i powtarzać jak mantrę jego poglądy, ale trzeba je przemyśleć i rozwijać. To jest droga wierności bł. Janowi Pawłowi II, którą chciałbym podążać.
Andrzej Szostek MIC – polski duchowny rzymskokatolicki, profesor filozofii, rektor KUL w latach 1998-2004









wystarczyła jedno zdanie by wyjaśnić dlaczego Kościół nie jest przychylny Owsiakowi i Wielkiej Orkiestrze.
Niesamowicie mądry człowiek!!!