Edward Hulewicz specjalnie dla iwiesz24

wrz 11, 11 Edward Hulewicz specjalnie dla iwiesz24

Jakub Balicki: Czy z tęsknotą wspomina Pan początek swojej kariery?

Edward Hulewicz: Z tęsknotą? Nie, raczej z jakimś sentymentem, ale tylko sentymentem, a nie rozpamiętywaniem jak to kiedyś było. Dla mnie to nie czas na remanenty, czy podsumowania. Staram się nie patrzeć w tył, idę do przodu, mimo że nie widać mnie na pierwszych stronach gazet, czy w popularnych programach telewizyjnych. Robię swoje, jestem artystą ciągle czynnym, koncertuję, nagrywam nowe piosenki, nowe płyty i to nie w konwencji dawnych czasów, zasklepiając się w stylistyce obowiązującej w czasach mojej największej popularności. Idę z duchem czasu, śledzę co dzieje się aktualnie w muzyce, staram się tworzyć repertuar zgodny z aktualnymi tendencjami, śpiewać zgodnie z wymogami współczesnej wokalistyki. I takim jest mój najnowszy krążek, który ukazał się pod koniec zeszłego roku zatytułowany: „Rock Cafe”. Inna rzecz, że nie jestem zachwycony tym niezbyt szczęśliwym sposobem dokonania zmiany pokoleniowej na rynku muzycznym. To zresztą uboczny efekt zmiany ustrojowej. W balcerowiczowskiej brutalnej operacji ekonomicznej, starsze pokolenie artystów, któremu nie sposób było dorobić się na komunistycznym wikcie, zmuszone zostało zająć się raczej przyziemną sprawą bytu. Do mediów w tym czasie dorwało się młode pokolenie i produkuje i puszcza w eter wyłącznie swoje produkcje, nie zważając na to, że ogromna część polskiego społeczeństwa pozbawiona jest swojej muzyki, swoich wykonawców. Nie chciałbym tu wyjść na zgorzkniałego starego, wysadzonego z siodła zgreda, bo po pierwsze nie w moich zwyczajach narzekanie i prawdę mówiąc nie mam do tego powodu, bo na brak koncertów nie narzekam, upływ czasu jest dla mnie szczególnie łaskawy, talentu mi nie ubywa, a wprost przeciwnie, bo kształcony w pierwszych latach mojej artystycznej edukacji głos w kierunku śpiewu klasycznego, zaniedbany kiedy „poszedłem w piosenkarstwo”, teraz usilnie szlifowany na nowo odzyskuje swój blask w repertuarze klasycznym, jaki wzbogaca od pewnego czasu program moich recitali. To moja najnowsza pasja, której efekty na moich koncertach nie tylko wzbudzają zdumienie widzów, ale i niebywały entuzjazm. A robić na nowo karierę w mediach ani mi w głowie.

Czy wówczas inaczej się patrzyło na muzykę?

Chyba było więcej odpowiedzialności, więcej poważania dla zawodu, więcej szacunku dla odbiorcy. Wiem, każdy czas ma swoje na to spojrzenie, inne stawia wymagania, inne są także oczekiwania odbiorców, co automatycznie oddziaływuje na twórców, oczywiście tych, którym zależy tylko na schlebianiu temu najmniej wymagającemu odbiorcy. Ja wychodzę z założenia, że każde pokolenie ma prawo do swojej muzyki, którą niekoniecznie starsze pokolenie musi rozumieć, tak jak było za moich młodych lat, kiedy to dla naszych rodziców Beatlesi, to było coś co najmniej dziwnego. Nie należy jednak – mówiąc językiem młodzieżowym, przeginać pały. Starsze pokolenie jeszcze żyje, i też chciałoby się cieszyć swoją muzyką, do której ma prawo, a której w mediach żałują jej nowi oprawcy muzyczni.

Marta Sobocińska: Czym była muzyka dla ludzi w latach 70-tych?

Zawsze dla młodego człowieka ogarniętego pasją, muzyka jest wszystkim. Dawniej nie mieliśmy takich możliwości jak dzisiaj, ułatwiających start młodemu człowiekowi. Nie było tylu konkursów, programów w rodzaju „Idol”, „Mam talent”, „Tylko muzyka”, „The Voice of Poland” i wiele, wiele innych. Inna rzecz, że dziś telewizja nastawiona tylko na komercję o dalszej karierze naiwnych konkursowiczów nie myśli, ale pokazać się można. Kiedyś na zawodową scenę wdrapywało się latami, przez co każdy najmniejszy sukces ceniło się bardziej. Jeśli myślało się o tym jako o zawodzie, trzeba było zdać egzamin przed Państwową Komisją z zakresu całego materiału studiów Akademii Teatralnej. Potem egzamin ze znajomości muzyki, solfeżu, czytania nut i śpiewu z nut a vista. Jeśli się zdało otrzymywało się dyplom zawodowego artysty i odpowiednią stawkę za występy, która rosła w miarę zawodowych sukcesów. A dziś praktycznie każdy z widzów może z łatwością przeskoczyć tę sceniczną barierę dzielącą go od artysty i zaistnieć.

J.B.: Pracował Pan m.in. z Haliną Frąckowiak, czy utrzymuje Pan kontakt z tamtymi osobami?

I to też różni dzisiejsze relacje między artystami od dawniejszych. Przyjaźnie między wykonawcami były kiedyś rzeczą normalną, większość z nich trwa do dziś, jak choćby wspomniana przyjaźń między Haliną i mną. Na estradach pracowałem z prawie wszystkimi liczącymi się na rynku artystami. Z większością z nich jestem na stopie koleżeńskiej, obecnie najczęściej spotykamy się w Związku Artystów Scen Polskich, gdzie od lat intensywnie pracuję społecznie, jestem członkiem Zarządu Sekcji Estrady i Przewodniczącym kilku Komisji. A dziś? Jeśli wierzyć tabloidom, to im więcej skandali, oczerniania się wzajemnego, tym lepiej.

M.S.:Jaki wpływ mają pieniądze na głos muzyka?

Potraktuję to pytanie poważnie. Na sam głos oczywiście nie, bo się talent ma, albo się go nie ma. Natomiast wpływ pośredni mają. Ich posiadanie ułatwia choćby większe możliwości zainwestowania w siebie. I nie mówię o liftingu, a bardziej zdrowych sprawach, jak choćby stały kontakt z dobrym nauczycielem śpiewu, możliwości opłacenia studia nagrań, aranżera, dobrego tekściarza, czy kompozytora i wiele, wiele innych rzeczach, że nie wspomnę o prywatnym specjaliście od image’u, styliście, masażyście, itd.

Pisze Pan poezje oraz maluje czy sama muzyka nie wystarcza?

Będę nieskromny (to dziś podobno w modzie). Natura czy jak kto woli Bozia obdarowała mnie kilkoma zadatkami na talenty, które – wychodząc z założenia, że kiedyś będę musiał gdzieś tam zdać relację z tego jak je wykorzystałem, staram się rozwijać. A więc poza śpiewaniem, którego uczę się całe życie, w swojej skomplikowanej peregrynacji edukacyjnej zahaczyłem także na parę semestrów o Akademię Sztuk Pięknych dla poznania podstaw warsztatu i maluję w wolnych chwilach. Jestem nawet członkiem pewnej grupy wybitnych artystów malarzy i jeżdżę z nimi co jakiś czas na plenery malarskie. Wierszopisaniem zaraził mnie swego czasu zaprzyjaźniony młody poeta, który wprowadził mnie w środowisko literatów, co zaowocowało wieloma przyjaźniami z najwybitniejszymi twórcami z tych obszarów sztuki, wieloma godzinami rozpraw o literaturze, poezji i oczywiście dla mnie nową pasją. Owocem tamtego okresu są dwa tomiki poezji jakie wydała mi oficyna wydawnicza. Wkrótce jednak Muza jakoś odfrunęła w siną dal i póki co ślad po niej zaginął.

J.B.: Pomaga Pan w domu dziecka, skąd potrzeba na taką działalność?

Jestem szczególnie uwrażliwiony na nieszczęścia dzieci sierocych. To wielkie nieszczęście. Przerwałem nawet kiedyś na jakiś czas swoją działalność zawodową, żeby skończyć Studium Wychowawców Domów Dziecka i móc czynnie pomagać tym dzieciom. Teraz współpracuję z paroma takimi Domami, daję też charytatywne koncerty na ich rzecz.

M.S.: Czy według Pana państwo radzi sobie z takimi instytucjami jak domy dziecka?

Nie radzi. I nie jest to łatwa rzecz. Według mnie zbyt skomplikowana jest procedura adoptowania dzieci z tych Domów, choć znów powtórzę, że nie są to łatwe sprawy.

Czy pomoc innym daje satysfakcję porównywalną z granym koncertem czy nie da się tego porównać?

Nie da się. To inny rodzaj doznań, inny wymiar, zresztą to kwestia indywidualna, sprawa wrażliwości, otwarcia na drugiego człowieka, czemu dzisiejsze czasy raczej nie służą.

J.B.: Jest Pan posiadaczem wielu nagród, która z nich jest Panu szczególnie bliska?

Nie przywiązuje specjalnej wagi do nagród. Codzienną dla mnie nagrodą jest stały kontakt z widzem, jego reakcja, aplauz, ewentualne uznanie.

Czy śledzi Pan polską scenę muzyczną? Czy widzi Pan na niej jakieś szczególne talenty?

Młodych obiecujących talentów u nas nie brakuje, co widać na tych telewizyjnych konkursach, tylko że nie ma jakieś określonej polityki choćby Ministerstwa Kultury do „zagospodarowania” tych talentów. Media, a także firmy fonograficzne nastawione wyłącznie na zysk, nie mają na celu ukierunkowanie, wykształcenie takiego talentu, a jedynie starają się wycisnąć z niego do swoich celów ile się da i rzucają jak zużytą i  niepotrzebną rzecz. Potem pałęta się taki na obrzeżach szołbiznesu i wegetuje latami do różnego końca. Różnego, bo zdarzają się one bardzo nieszczęśliwe.

W latach 70tych, 80tych polska muzyka była znana w Europie, dlaczego teraz nie możemy się przebić?

Tak? Tak bardzo była ona znana w Europie? Te nieliczne przypadki wyolbrzymiane na naszym podwórku, są przypadkami li tylko. A prawo zachodniego szołbiznesu jest proste: Trzeba włożyć w ten interes sporą ilość kasy, żeby móc z niego potem mieć profity. A nas na to nie stać. Talent ma drugorzędne znaczenie. Widzieliśmy choćby na przykładzie Niemena. Talent niebywały, próbował coś tam w różnych miejscach i jak wiemy z wiadomym skutkiem. Szkoda. Kultura w naszej kochanej ojczyźnie w dzisiejszych czasach w polityce gospodarczej kraju, znajduje się na końcu listy.

Edward Hulewicz – polski piosenkarz estradowy, kompozytor, autor tekstów, dziennikarz muzyczny, założyciel zespołu Tarpany, w którym śpiewała także Halina Frąckowiak

468 ad

4 Komentarze

  1. Bardzo dobrze mi się czyta ten wywiadzik,tym bardziej że podobnie do mistrza pisałem na czacie. Pan jest delikatny,,bo musi z urzędu”,ja troszkę (bardziej ostro i dosadniej) inaczej komentowałem pewne sprawy, bo mnie bardziej wolno i to na prywatnym czacie i nikt inny nie czytał! Cieszy mnie bardzo,że w większości spraw się zgadzamy! Wiele osób,które w ten czy inny sposób wypowiada się o Hulewiczu powinno przeczytać ten wywiad! Najpierw się dowiedzieć o artyście dokładnie,a potem wyrażać swoje komentarze , przeważnie brane z kapelusza! Ja sam dowiaduje się tutaj sporo o panu i o sprawach o których nie do końca miałem pojęcie!! Szkoda,że tak mało promowany,szkoda że nie do końca poznany talent z pasją i zacięciem artystycznym! Najważniejsze Edwardzie,że robisz to co lubisz i że przynosi to satysfakcję Panu i tym którzy pana lubią i nie zdradzili! Najpierw całowali mistrza w rękę teraz potrafią opluć Judasze!! Cieszy mnie pańska działalność charytatywna,ja sam w miarę swoich skromnych możliwości staram się pomagać tym biednym dzieciom! Mieszkałem kiedyś blisko domu dziecka i może z tej przyczyny się u mnie bierze ta chęć niesienia pomocy! ,,Rock Cafe ” na pewno sobie kupię i z przyjemnością wysłucham. Mało promowany krążek i nawet nie wiedziałem,że się ukazał. Pisząc to wznoszę toast kieliszkiem białego winka i życzę dalszej owocnej ,i jeszcze długiej, długiej pracy artystycznej! Ps. Hulewicz to nie tylko ,,Za zdrowie Pań” jak wielu sądzi,ale trzeba mieć ,,Oczy szeroko zamknięte” aby to zrozumieć!!

  2. EMI ZAG /

    WITAM, Może na początku, wywiad, cóż Edward wyszedł z niego obronną ręką, ale osoba prowadząca mało włożyła czasu w jego przygotowanie. Bardzo *cienki* i mało profesjonalny, tylko Edward, dał dobrą swoją otoczkę i jakoś dobrnięto do końca. Jednak mam żal i niedowartościowanie Edwarda. Płyta, została wydana, ale o tym dowiedziałem się dopiero z tego wywiadu. Jestem stałym bywalcem empiku, choć płyty zamawiam w sklepach internetowych : jak np. *Merlin*, jeszcze do niedawna *Kolporter*, ale ten zrezygnował ze sprzedaży takiej. P o l e c a m innym do kupienia tej płyty, może w muzyce będzie bardziej nastrojowo, jak to było w naszych 60 – tych, aż do lat 80 -tych, kiedy muzyka była grana i słuchana z przyjemnością i zadowoleniem ogółu słuchaczy. P o z d r a w i a m .

  3. Edwardzie wiedziałam że taki wywiad wyważony inteligentny i bardzo mądry możesz dać tylko Ty gratuluję i pozdrawiam serdecznie renata kretówna

    • Cieszę się ,,Moja Renee” że posłuchałaś mej sugestii i przeczytałaś!Jak widzisz warto było!! Teraz mimo Twoich zastrzeżeń i oporów czekam na Twój moja muzo!! Pozdrawiam Panią i pozdrawiam Pana p.Edwardzie! Kochajmy artystów jak mówił P.Skrzynecki!
      Roman!

Napisz