wywiad z Pawłem Pollakiem

lut 06, 12 wywiad z Pawłem Pollakiem

Jakub Balicki: Czy znajomość szwedzkiej literatury, wpływa na to jak pisze Pan kryminały?

Paweł Pollak: Nie sądzę. Nie ograniczam się przecież do czytania tylko literatury szwedzkiej i nawet jeśli z racji zawodu sięgam do niej częściej niż do innych literatur, to wszystkie przeczytane książki, wszystkie dobre, mają na mnie jakiś wpływ. I myślę, że nie ma prostej zależności między tym wpływem a liczbą przeczytanych powieści z danego obszaru.

Marta Sobocińska: W czym tkwi tajemnica szwedzkich kryminałów?

Nie ma żadnej tajemnicy. Jest histeria wywołana sukcesem jednego autora i na tej fali sprzedaje się wszystko, w tym również książki mocno średniawe. Owszem, jest kilku rewelacyjnych pisarzy, ale tacy rewelacyjni tworzą również w innych gatunkach, tylko że wydawnictwa ich nie chcą, wolą trzeciorzędny szwedzki kryminał niż pierwszorzędną powieść obyczajową. Zgłaszają się teraz do mnie wydawcy, proponując mi tłumaczenie tych autorów, których ja im proponowałem przed Larssonem. Wtedy ich nie chcieli. Czy te kryminały nagle stały się lepsze, tło społeczne zrobiło się ciekawsze, intryga okazała się logiczniejsza? A kiedy wówczas wydałem przekłady Håkana Nessera i Lizy Marklund, większego zainteresowania nie było.

J.B.: Czy jest to trudny gatunek literacki?

Na pewno prostszy od powieści obyczajowej w tym sensie, że pisarz ma gotowy szkielet: wie, od czego musi zacząć (morderstwo), i do czego ma zmierzać (rozwiązanie zagadki). Oczywiście tę konstrukcję można dowolnie wypełnić, można ją nawet powyginać, ale ona jest i zdecydowanie ułatwia pisanie. Autor kryminału ma też pewne fory, bo kwestia, kto zabił, automatycznie wzbudza ciekawość i przykuwa uwagę czytelnika. Ale na tym łatwość się kończy, bo skonstruować wciągającą i logiczną zagadkę, czyli to, co stanowi esencję kryminału, nie należy już do prostych rzeczy. Co widać po książkach tych pisarzy, którzy zamiast trzymać się swojego gatunku, zapragnęli uszczknąć z rosnącej popularności również polskich kryminałów.

M.S.: Dlaczego wybrał Pan Wrocław w którym rozgrywa się akcja Pańskiej najnowszej książki?

Wróciłem z Nowego Jorku do Polski – w sensie literackim: akcja mojej poprzedniej książki „Między prawem a sprawiedliwością” rozgrywała się w USA – a wtedy wybór Wrocławia był oczywisty, bo tu mieszkam i właśnie to miasto znam. Zresztą we Wrocławiu toczy się też akcja „Niepełnych”.

J.B.: Czym „Gdzie mól i rdza” różni się od pozostałych Pana książek?

„Gdzie mól i rdza” nie ma takiego ciężaru gatunkowego, jest powieścią dużo lżejszą, bardziej rozrywkową. Nastawiłem się raczej na rozbawienie niż zasmucenie czytelnika. Poza tym to pierwszy w pełni klasyczny kryminał, jaki napisałem: policjant jest dobry, przestępca zły, akcja toczy się od morderstwa do ujęcia winnego, a na końcu dowiadujemy się, jak śledczy przechytrzył zabójcę. Tak trochę w manierze pierwszej ery kryminału, ale dlaczego nie wrócić czasami do starych sprawdzonych wzorów?

M.S.: Czy polski czytelnik jest wymagający?

Myślę, że czytelnik pod każdą szerokością geograficzną jest wymagający. Szkopuł w tym, że ilu czytelników, tyle wymagań: jeden chce, by książka go rozbawiła, drugi, żeby skłoniła do przemyśleń, trzeci chce sobie popłakać, a jeszcze inny smakować piękny język.

J.B.: Czy Marek Przygodny, jest postacią całkowicie fikcyjną czy ma swój pierwowzór wśród Pana znajomych?

Całkowicie fikcyjną podobnie jak wszystkie inne postaci w tej książce. No, może poza redaktorem Mrożewiczem, ale to już czytelnikom z żyłką detektywistyczną zostawiam ustalenie, kogo mam na myśli.

M.S.: Czy imiona, nazwiska w Pańskich książkach pełnią ważną rolę?

Nawet bardzo ważną. Ale nie w tym sensie, że coś znaczą. Kiedy mam zarys jakiejś postaci, szukam dla niej imienia i nagle okazuje się, że jedno pasuje, a drugie nie. Bohaterowie „Niepełnych” nie mogli nosić innych imion niż właśnie Edyta i Jacek. Dlaczego, nie wiem, ale każda inna kombinacja brzmiała mi fałszywie. Z kolei ich nazwiska nie były bardzo istotne, wymieniane są w powieści niemal wyłącznie, kiedy jest mowa o sytuacjach oficjalnych. Co innego nazwisko komisarza, bo używa się go częściej niż imienia. Dla bohatera „Mola” specjalnie wymyśliłem tak naprawdę nieistniejące nazwisko, pomyślałem, sobie, że jak nie klnie i się nie upija, to niech chociaż dziwnie się nazywa.

J.B.: Czy lubi Pan swoich bohaterów i się jakoś z nimi utożsamia?

A to różnie. „Gdzie mól i rdza” jest akurat powieścią, w której większość bohaterów można chyba uznać za sympatycznych, poza mordercą nie ma tam takiej zepsutej do szpiku kości postaci, jaką jest tytułowa postać z „Kanalii”. Cynikiem jest Kuriata, dziennikarz „Kuriera”, ale można sobie postawić pytanie, na ile ukształtował go jego zawód i czy nie zachowywałby się przyjaźniej, gdyby inaczej ułożyło mu się życie. Tak jak Przygodnemu. Jego łatwiej darzyć sympatią, co nie znaczy, że się z nim utożsamiam, różnic charakterologicznych sporo by się znalazło.

M.S.: Podkreśla Pan, że w Pańskich książkach główną rolę pełni miłość, kryminał jest natomiast tłem, skąd w ogóle pomysł na pisanie w takich okolicznościach o miłości?

Słowo „tłem” nie oddaje mojej myśli, bo zbyt pomniejsza rolę intrygi kryminalnej. W „Kanalii” – bo to o niej mowa – miłość jest owszem na pierwszym miejscu, ale skoro zdecydowałem się o tej miłości opowiedzieć w kryminale, nie mógł on być wyłącznie sztafażem. Przeciwnie, dopiero pełnokrwista intryga kryminalna pokazywała siłę tego uczucia: miłość, która przerodziła się w taką nienawiść, że doprowadziła do zbrodni. I stąd kryminał: we współczesnej powieści obyczajowej zabójstwo z miłości mogłoby wyjść pretensjonalnie. Natomiast, jak już mówiłem, „Gdzie mól i rdza” to powieść klasyczna w swoim gatunku i nie ma w niej motywów nadrzędnych wobec pytania „kto zabił”.

J.B.: W 7 miesięcy napisał Pan „Gdzie mól i rdza”, czy jest to krótki okres czasu?

Pewnie można by ją napisać w krótszym czasie, ale ja generalnie wolno piszę, poza tym mam jeszcze inne obowiązki, więc dla mnie było to błyskawiczne tempo. Znacznie cieńszą „Kanalię” pisałem przez sześć miesięcy, a „Niepełnych”, mających tę samą objętość co „Gdzie mól i rdza”, przez pełne trzynaście.

M.S.:  Czym jest dla Pana pisanie?

Trudną pracą a zarazem rozrywką.

J.B.:  Poprzez Pana działalność i książki wydaje się Pan osobą dla której poczucie sprawiedliwości, szacunek wobec prawa, to sprawy nadrzędne, skąd to przywiązanie do fundamentów moralnych?

Zabrzmiało to… fundamentalistycznie, tymczasem chodzi o sprawy całkiem praktyczne. Obserwuję Szwedów i widzę, że im to przestrzeganie prawa zwyczajnie wychodzi na dobre. Czasami trzeba się ograniczyć, ale w ogólnym rozrachunku ludziom żyje się lepiej. W Polsce właściciel psa wścieka się na kierowcę, że ten zastawił mu chodnik, a kierowca wścieka się na właściciela psa, że na chodniku leżą odchody jego pupila. Każdy lekceważy przepisy go dotyczące, ale domaga się, by inni przestrzegali przepisów, które jemu z kolei ułatwią życie. Żadnej refleksji, że wszyscy byśmy na tym zyskali, gdyby każdy zaczął od siebie. A to nie jest tylko kwestia brudnych i zastawionych chodników. Gdyby w Polsce istniał szacunek dla prawa, katastrofa smoleńska by się nie wydarzyła, bo przepisy po prostu zabraniały im tam lecieć. To nie jest przypadek, że spadł polski samolot, a nie szwedzki czy niemiecki.

M.S.:  W towarzystwie jest pan gawędziarzem, czy obserwatorem?

Mówię dużo, co po części wynika z faktu, że nieraz całymi dniami nie mam do kogo gęby otworzyć, więc jak się znajdę w towarzystwie, to się rozgaduję. Trochę ze szkodą dla siebie, bo inteligentni ludzie – z głupimi się nie zadaję – mają tyle ciekawych przemyśleń i spostrzeżeń, które mogę bezczelnie wykorzystać w swoich książkach ;-)

J.B.:  Pisanie książek jest to wymyślanie historii, czy zgrabnymi zdaniami opisywanie rzeczywistości?

Każda wymyślona historia jest zakorzeniona w rzeczywistości, bo nawet tę w stu procentach fikcyjną układa się z elementów prawdziwego życia. Ale faktycznie trzeba umieć ją opowiedzieć, wielu adeptom pisarstwa wydaje się, że oni są od wymyślania fabuły, a sprawy językowe załatwi za nich redaktor. Nic bardziej błędnego.

M.S.: Przed napisaniem książki rozmawia Pan o niej, czy do momentu napisania układa ją Pan w głowie?

Nigdy nie rozmawiam o powieści, którą piszę. Nie robię tajemnicy z tego, co mam na warsztacie, ogólne zarysy ujawniam, ale szczegółów z nikim nie dyskutuję. Nie daję też do przeczytania gotowej książki rodzinie ani znajomym. Wyłącznie osobom, które moim zdaniem mogą zgłosić jakieś sensowne poprawki, reszta musi zaczekać do wydania i dostaje książkę do ręki wraz z pozostałymi czytelnikami.

J.B.: Pana zdaniem ebooki wyprą klasyczną książkę?

Moim zdaniem nie wcześniej niż za kilkaset lat, ale zakładu bym nie przyjął. Wiem jedno, że wiele na tym stracą pisarze. Przeżycie, jakiego dostarcza wydrukowana książka własnego autorstwa, nie da się z niczym porównać. Chwila, kiedy kartkuje się swoją powieść świeżo przysłaną przez wydawcę, ogląda okładkę, podczytuje fragmenty, ma w sobie coś magicznego. Papier w dotyku, zapach książki, cały ten przedmiot dostarcza wrażeń, jakich nie dostarczy tekst widoczny na ekranie czytnika. I tak jest za każdym razem. Kiedy rozpakowywałem teraz przesyłkę od Oficynki, myślałem, że może emocje będą już mniejsze, skoro „Gdzie mól i rdza” jest moją czwartą książką. Ale nie.

Paweł Pollak – pisarz, specjalizuje się w tłumaczeniu literatury szwedzkiej, przekładał m.in. twórczość Hjalmara Söderberga i Johanny Nilsson. Debiutował jako pisarz w 2006 r. powieścią kryminalno-miłosną pt. „Kanalia”. Ostatnio ukazała się Jego najnowsza książka pt. „ Gdzie mól i rdza”.

468 ad

1 Komentarz

  1. pimpuś /

    super książki:)

Napisz